Zmarnowaliśmy świt, a tego nie wybaczy nam żadne niebo*
Jej zniszczone dłonie drżą na
wietrze, gdy zapala papierosa. Spojrzeniem przesiąkniętym tęsknotą za utraconym
marzeniem spowija drewnianą huśtawkę, starą i zapomnianą, pustą od lat. Wargi,
nienawadniane miłością i śliną z jego ust, pełne słów, co więzną w gardle stale
i stale, paraliżuje strach. Mijają sekundy, obleczone w wieczność, naznaczone
mdłym potem i znojem cierpienia. Słyszy jego kroki, szybkie i niecierpliwie.
Nie odwraca się, a serce nie wybija innego rytmu, tylko jej palce nieświadomie,
mimochodem wędrują do miejsca, które ostatni raz dotykały jego wargi. Tak łatwo zapomina się miłość.
„„I
see her. Wherever I go, she always knows to flood my thoughts with her absent
presence. My eyes are closed, even in the darkness of my soul, she knows where
to find me. I want to hold her. I want to stroke her hair, I want to feel that
she is with me. I want to feel her warmth against my body”*
*
Niepewnie przekroczyła próg tarasowych drzwi,
w ręku trzymając pusty kieliszek i do połowy opróżnioną butelkę słodkiego wina.
Potargane włosy rozwiał wiatr i uniósł do góry sukienkę z czarnego szyfonu.
Nucąc pod nosem, nieświadoma niczyjej obecności, okręciła się w koło z głową
uniesioną do góry, ze wzrokiem wbitym w zachmurzone niebo. Jej śmiech na krótko
zawibrował w powietrzu, wkrótce tonąc w kakofonii dźwięków płynących zza
niedomkniętego okna. Tamtego dnia w majowym powietrzu znać było zapach
jaśminu.
– Palisz? – Odwróciła się gwałtownie, a z
przechylonej butelki wylało się wiśniowe wino. Wyciągnął w jej
stronę paczkę miętowych papierosów.
– Nie. – Obserwowała jego twarz,
tęczówki koloru morza i pieprzyk pod prawym okiem. Uniósłszy butelkę w górę,
zapytała: – Pijesz?
– Hugo – powiedział, gdy oderwał wargi od
czarnego flakonu, który chwilę wcześniej pieściły jej usta. Ich dłonie złączyły
się w tej jednej, krótkiej chwili, a on dopiero wówczas wpatrzył się w jej uśmiech i
ciemne tęczówki, szepczące o tęsknocie i samotności. Kiedy z cicha, jakby
nieśmiało wypowiedziała swoje imię, zapytał – a pytanie to zawisło na krótką
chwilę w powietrzu: – Kim jesteś, Léonie?
– Maluję – odparła, pocierając stopą o
kostkę i mocniej zaciskają długie palce na szyjce butelki. – Dla siebie, czasem
dla innych.
– A więc jesteś artystką – rzucił i
zaciągnął się na krótko papierosowym dymem. Długo wpatrywał się w jej twarz,
nagą, obnażoną przed złem tego świata, nim wreszcie odpowiedziała.
– Po prostu to robię, nie potrafię nie. –
Zerknęła na niego przelotnie i szybko odwróciła wzrok. – Przelewam kawałek
siebie na płótno – Zapatrzyła się w dal, a krwistoczerwone wino
zmoczyło jej wargi. – Czy to już sztuka?
„It
frightened me that I can only see her in my own reality. Afraid that I will
never feel her breath blow over my skin. Afraid that I can never hold her hand
in mine. Afraid to never get the feeling of missing connection”*
*
To nie była miłość od
pierwszego wejrzenia. Poznali się przypadkiem,
nieplanowanie, musnęli spojrzeniami, zatopili wzrok w drżących dłoniach, a
potem rozchylonych wargach. Zamienili kilka słów, tak mało istotnych i banalnych, posłali niepewne, jeszcze niewinne uśmiechy, a potem minęli się w
przejściu, tak jak mijać się mieli jeszcze wiele razy. Widocznie ta miłość nie była im pisana, nie wtedy, nie tam, nie w
taki sposób.
Później spotkali się znowu,
ciągle młodzi, beztroscy, nieskalani brudem zniszczenia; ciągle jeszcze na
drodze ku dorosłości. Jej usta smakowały jak niedojrzałe owoce, były
nietknięte, wolne od śladów fałszywej miłości, nienaznaczone trucizną, śliną tamtych, czyste i
niezmącone, subtelne i uległe jego palcom i językowi. On był w tym wszystkim, w tej całej miłości, trochę pewniejszy,
wprawiony, lecz ciągle ostrożny i czujny, gotowy spijać z jej warg każde słowo,
wsłuchiwać się w każdy jęk i ochrypły dźwięk strachu, nurzany stale, niemal
każdego dnia, w obawie, czy jest tylko dla niej. Jego ramiona były
schronieniem, kocem dla zimnej, znaczonej drżeniem skóry, silne i bezpieczne,
niezachwiane i podatne na kruchość jej ciała. Karmili się pocałunkami,
onieśmielali dotykiem i pierwszymi obietnicami, kochali.
– Vincent, to chyba miłość – szepnęła mu
kiedyś na ucho; niepewnie, lękliwie.
Była to miłość od któregoś spojrzenia, wytęskniona i
wyczekana. Trochę dojrzalsza, trochę mniej zachłanna.
– Po prostu bądź ze mną, Vinette –
powiedział. – Przez całe życie.
„But
she is more than the sheets that clothe the storm inside her. The thing that I
crave, where I could never run my fingers through, that one thing I can only
feel with what I desire from her; I want to wrap myself in her sheets and
disrobe her soul. I want to see her the way she can't see herself”*
*
Ubiera się w pośpiechu. Jej
ruchy są szybkie i nieostrożne, a spojrzenie przesiąknięte strachem. Przygryza
wargę, raz za razem wkładając za ucho niesforny kosmyk czarnych jak heban
włosów. Gdy kości policzkowe zostają muśnięte różem, a rzęsy pokryte kolejną
warstwą tuszu, wpatruje się w swoje lustrzane odbicie: najpierw przelotnie,
dopiero później na dłużej zatrzymuje wzrok na pociągłej, niemalże wychudzonej
twarzy. Smutny uśmiech wpełza na usta, oczy zachodzą mglistą poświatą płaczu, a
cichy dźwięk, jęk bólu, wyrywa się z piersi. Dziewczynka, bo jeszcze nie kobieta; młoda femme fatale.
– Nie spieprz tego, Navelle – szepcze do
siebie, z trzaskiem zamykając drzwi.
Potem już słychać tylko stukot
jej wysokich szpilek.
„I
want to be her for a moment. Then I will wash her sheets and give them back to
her. For the first time I will kiss her soft lips which I have kissed a dozen
times when she took me over. Maybe she will always be just a thought of which I
will never hear the echo of her heart that beats miles away. But I want her. I
want her in my life. I am sure of it. I want her. I want all of what she is”*
{*
Jim Morrison *Zeff Wolf}
nadal najbardziej moja jest Léonie! ubóstwiam ją i widzę w niej coraz więcej siebie (czy to znaczy, że i siebie zaczynam lubić?).
OdpowiedzUsuństrasznie zazdroszczę Vinette, że aż och!
łomocze mi serce, zbyt wiele pięknych słów się w nie wlało. rzadko, ale rozpieszczasz nas swoim talentem.
//adriennesophie.
Mam nadzieję, że pokochasz siebie (nawet dzięki temu opowiadaniu). Ściskam mocno! I dziękuję za wszystko.
Usuńpóki co najbardziej lubię Vinette i Hugo! ale najlepszy fragment to właśnie Hugo i Leonie, już ich razem kocham... ale wiem, że nie będzie łatwo, w końcu... miłość trzeba wytęsknić, wycierpieć, wypłakać.
OdpowiedzUsuńa co z Navelle? najbardziej intrygująca postać w Twoim opowiadaniu.
mało, ale urzekająco. pochłania mnie to opowiadanie, wiesz?
/ Lebrun
Mnie osobiście najbardziej podoba się fragment Vincent & Vinette. Co do Navelle, nie wiem. To opowiadanie samo się pisze, nie mam na nie żadnego pomysłu. A i z założenia miało być krótko. (;
UsuńWiem tylko jedno na razie - chyba nie jestem do końca zadowolona z tego wszystkiego. Trochę inaczej miało to wszystko wyglądać. Takie o, refleksje popołudniowe.
mam nadzieje, ze krótko i częściej. strasznie dobrze się to czyta!
Usuń/ Lebrun
jest cudnie. ♥
OdpowiedzUsuńPIĘKNY WYGLĄD / Lebrun
OdpowiedzUsuńDziękuję, też bardzo lubię.
UsuńDziękuje za te wszystkie piękne słowa, obrazy, emocje.
OdpowiedzUsuńChciałabym więcej.
Kłaniam się nisko, A.
Będzie więcej, obiecuję.
OdpowiedzUsuńKiedyś.
czekam / Lebrun
UsuńAż przykro mówić, ale nie mam nic na chwilę obecną. Zastanawiam się, dokąd to wszystko zmierza i czy jest to odpowiedni kierunek. Trochę inaczej Ich sobie wymyśliłam. I mnie w tym wszystkim.
UsuńOdezwij się do mnie gdzieś. Ciekawi mnie, co u Ciebie.
Podjęłaś właściwą decyzję.
OdpowiedzUsuńWracaj z Nimi prędko.
WRACAJ WRACAJ /Lebrun
OdpowiedzUsuń