Tłumaczka, z którą mam zajęcia, uważa, że każdy tekst literacki, przetłumaczony
na inny język staje się nowym dziełem, a tłumacz – jego autorem. Dlatego
chciałabym podzielić się opowiadaniem, które w procesie jego przekładu na język
polski ujęło mnie bardzo mocno. Wzruszyło. A ja poczułam, że właśnie takie
teksty są mi bliskie – w warstwie językowej bardzo proste, nieskomplikowane, za
to z olbrzymim ładunkiem emocjonalnym i tym „czymś” między wersami.
Opowiadanie, o którym mowa, nosi oryginalny tytuł Божури
и незабравки [Božuri i nezabravki] i jest autorstwa bułgarskiego pisarza Georgiego Gospodinowa.
Znajduje się w zbiorze И друфи истории [I drugi istori], który został przetłumaczony na język polski (I inne historie).
Usłyszałam dziś, że moje tłumaczenie jest dopieszczone, doskonałe, że udało mi się zbudować tę historię na
nowo i oddać wszystkie emocje. Oceńcie.
„Piwonie i niezapominajki”
Znali się zaledwie od kilku godzin. On – trochę ponad trzydziestkę, ona
trochę poniżej. Miał przekazać przez nią paczkę dla swojego znajomego zza
oceanu. Ona tylko pośredniczyła. Pracy na pięć minut, ale już od dwóch godzin –
z trzech, które jej zostały do samolotu – nie mogli znaleźć jakiegokolwiek
powodu, by się rozstać. Teraz, dokładnie sześćdziesiąt minut przed jej lotem,
stali w kącie kawiarni w hali odlotów, pijąc trzecią kawę i milcząc. Wyczerpały
się wszystkie tematy, które mogły podtrzymać rozmowę dwojga nieznajomych. Cisza
zaczynała się dłużyć. Stolik między nimi był zawalony pustymi, plastikowymi
kubkami, które przybrały najmniej oczekiwane kształty od ciągłego obracania ich
w dłoniach. Mieszadełka do kawy od dawna połamane na możliwie jak najmniejsze
kawałki, a puste saszetki cukru przerobione na rożki i miniaturowe stateczki.
Przyszło mu do głowy, że z tego stolika byłby dobry obiekt „ready-made” albo, nazwijmy to, instalacja, którą by
nazwał „apologią niepokoju” (plastikowe kubki na kawę, mieszadełka, puste
saszetki cukru, biały stolik). Potem wydało mu się to głupie i postanowił to
przemilczeć. „To, co się przemilcza, zamienia się w połamane mieszadełka i
zgniecione kubeczki”, powiedziała nagle. On pomyślał, że nigdy już nie spotka
drugiej takiej kobiety, która będzie mu czytać w myślach i z którą chciałby
zostać do końca swojego życia w tej kawiarni. Dotarło do niego, że użył, mimo
że tylko w myślach, wyrażenia „do końca życia”.
- Porozmawiajmy – powiedziała, mimo że przez ostatnie dwie
godziny w ogóle nie milczeli.
Pozostała im tylko godzina, nie było sensu bawić się w niedomówienia i
konstruowanie statków. Gdy nie zaczynał, rzekła po prostu:
- Musimy przyjąć, że czasem ludzie dosłownie się
rozmijają.
- Ironią jest to, że rozumieją to dopiero wtedy, gdy
się spotkają – powiedział.
- Z pewnością spotkaliśmy się i wcześniej.
Mieszkaliśmy tyle czasu w tym samym mieście. To niemożliwe, byśmy się nie
minęli na jakichś światłach.
- Zauważyłbym cię – odpowiedział.
- Kochasz ją? – zapytała.
- A ty, kochasz go? – zapytał.
Szybko doszli do wniosku, że to nie ma żadnego znaczenia i nikt nie jest
winien.
Później nie mógł sobie przypomnieć, komu pierwszemu przyszedł do głowy ten
ratunkowy (jak wtedy sądzili) pomysł, by stworzyć sobie wspólne wspomnienia,
wymyślić całe swoje życie, to zanim się poznali, i potem. Lękliwa próba zemsty
na przypadku, który bezlitośnie zetknął ich ze sobą na chwilę, tylko po to, by się
minęli. Mieli do dyspozycji 50 minut.
- Pamiętasz – zaczął – kiedy chodziliśmy do szkoły,
mieszkaliśmy przy jednej ulicy. Wysyłałem ci w sekrecie w paczce
pocztowej co tydzień po jednym pierścionku, zrobionym z papierków po krówkach.
- Aha – powiedziała – znaczy, to byłeś ty. Ojciec
zawsze znajdował je pierwszy i podejrzewał, że jakiś świrnięty wielbiciel z
dzielnicy wysyła pierścionki zaręczynowe mojej matce. Wychodzi na to, że były
dla mnie.
- Były dla ciebie – powiedział.
- A ty pamiętasz – podchwyciła – kiedy na ostatnim
roku studiów pojechaliśmy tylko my dwoje do tamtego klasztoru? Po raz pierwszy
jechaliśmy gdzieś sami. W hotelu nie było wolnych pokoi i położyli nas w jednej
z klasztornych celi. Było bardzo zimo, a łóżko – twarde. Trochę się bałam. Za
każdym razem żegnałam się tak, byś tego nie widział. Tamtej nocy przeżegnałam
się pięć razy.
- Sześć, powiedział. I ja się bałem. A pamiętasz,
kiedy później przyszedł czas, że zamieszkałaś u mnie? Matka ci powiedziała, że
się ciebie wyrzeknie na łamach „Dziennika ustaw”, bo nie chciała mieć nieślubnych
wnuków.
- Pamiętam – powiedziała. – I bez tego nie mogłam mieć
dzieci.
W tym miejscu zamilkła. Chwycił jej rękę po raz pierwszy, odkąd się poznali.
Dość delikatnie, pocieszająco.
- To nic – powiedział. – A pamiętasz, kiedy złamałem sobie
nogę? Miałem już wtedy 48 lat, harowałem jak szalony i ten miesiąc w domu wydał
mi się prawdziwym rajem. Ty też wzięłaś urlop, nawet im zagroziłem, że sobie złamiesz rękę, jeśli cię nie puszczą. I
przez cały miesiąc nie wychylaliśmy nosa na zewnątrz.
- A kiedy po roku wykryli u mnie tamtego guza… Wyczytałeś
gdzieś, że śmiechoterapią leczy się raka i przez dwa tygodnie ciągle
opowiadałeś mi kawały, żebym tylko się śmiała. Do teraz się zastanawiam, skąd
je brałeś. Byłeś taki przerażony i kochany. Wtedy chyba całkiem posiwiałeś. I
każdego dnia przynosiłeś mi piwonie i niezapominajki.
- Dzięki Bogu, że wyzdrowiałaś. Co bym bez ciebie
zrobił?
W tym czasie poproszono wszystkich podróżujących do Nowego Jorku, by
kierowali się w stronę terminalu odlotów. Milczeli nie więcej niż minutę.
Później ona wstała i powiedziała, że musi iść. Wziął jej walizkę i obydwoje
poszli. Zanim przeszła przez kontrolę paszportową, odwróciła się i pocałowała
go – to był bardzo długi pocałunek. Jak gdyby po raz ostatni, pomyślał sobie,
mimo że nigdy przedtem nie było pierwszego razu.
Pół godziny później odwrócił się i odszedł. Poczuł się strasznie stary, z
trudem poruszał nogami. Celowo zamknął oczy, gdy przechodził przez szklane
drzwi wyjścia, by nie widzieć w odbiciu niespodziewanie posiwiałych włosów i
swoich przygarbionych, już starczych ramion. Z każdym krokiem rozumiał coraz bardziej,
że nie będzie mógł wrócić do domu, do swojej nieosiągalnie młodej żony. I nigdy
nie mógłby jej opowiedzieć, co robił przez te pięćdziesiąt lat, gdy go nie
było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz