wtorek, maja 10, 2016


Tłumaczka, z którą mam zajęcia, uważa, że każdy tekst literacki, przetłumaczony na inny język staje się nowym dziełem, a tłumacz – jego autorem. Dlatego chciałabym podzielić się opowiadaniem, które w procesie jego przekładu na język polski ujęło mnie bardzo mocno. Wzruszyło. A ja poczułam, że właśnie takie teksty są mi bliskie – w warstwie językowej bardzo proste, nieskomplikowane, za to z olbrzymim ładunkiem emocjonalnym i tym „czymś” między wersami.
Opowiadanie, o którym mowa, nosi oryginalny tytuł Божури и незабравки [Božuri i nezabravki] i jest autorstwa bułgarskiego pisarza Georgiego Gospodinowa. Znajduje się w zbiorze И друфи истории [I drugi istori], który został przetłumaczony na język polski (I inne historie).
Usłyszałam dziś, że moje tłumaczenie jest dopieszczone, doskonałe, że udało mi się zbudować tę historię na nowo i oddać wszystkie emocje. Oceńcie.


„Piwonie i niezapominajki”

Znali się zaledwie od kilku godzin. On – trochę ponad trzydziestkę, ona trochę poniżej. Miał przekazać przez nią paczkę dla swojego znajomego zza oceanu. Ona tylko pośredniczyła. Pracy na pięć minut, ale już od dwóch godzin – z trzech, które jej zostały do samolotu – nie mogli znaleźć jakiegokolwiek powodu, by się rozstać. Teraz, dokładnie sześćdziesiąt minut przed jej lotem, stali w kącie kawiarni w hali odlotów, pijąc trzecią kawę i milcząc. Wyczerpały się wszystkie tematy, które mogły podtrzymać rozmowę dwojga nieznajomych. Cisza zaczynała się dłużyć. Stolik między nimi był zawalony pustymi, plastikowymi kubkami, które przybrały najmniej oczekiwane kształty od ciągłego obracania ich w dłoniach. Mieszadełka do kawy od dawna połamane na możliwie jak najmniejsze kawałki, a puste saszetki cukru przerobione na rożki i miniaturowe stateczki.

Przyszło mu do głowy, że z tego stolika byłby dobry obiekt „ready-made” albo, nazwijmy to, instalacja, którą by nazwał „apologią niepokoju” (plastikowe kubki na kawę, mieszadełka, puste saszetki cukru, biały stolik). Potem wydało mu się to głupie i postanowił to przemilczeć. „To, co się przemilcza, zamienia się w połamane mieszadełka i zgniecione kubeczki”, powiedziała nagle. On pomyślał, że nigdy już nie spotka drugiej takiej kobiety, która będzie mu czytać w myślach i z którą chciałby zostać do końca swojego życia w tej kawiarni. Dotarło do niego, że użył, mimo że tylko w myślach, wyrażenia „do końca życia”.

- Porozmawiajmy – powiedziała, mimo że przez ostatnie dwie godziny w ogóle nie milczeli.

 
Pozostała im tylko godzina, nie było sensu bawić się w niedomówienia i konstruowanie statków. Gdy nie zaczynał, rzekła po prostu:


- Musimy przyjąć, że czasem ludzie dosłownie się rozmijają.

- Ironią jest to, że rozumieją to dopiero wtedy, gdy się spotkają – powiedział.

- Z pewnością spotkaliśmy się i wcześniej. Mieszkaliśmy tyle czasu w tym samym mieście. To niemożliwe, byśmy się nie minęli na jakichś światłach.

- Zauważyłbym cię – odpowiedział.

- Kochasz ją? – zapytała.

- A ty, kochasz go? – zapytał.


Szybko doszli do wniosku, że to nie ma żadnego znaczenia i nikt nie jest winien.

Później nie mógł sobie przypomnieć, komu pierwszemu przyszedł do głowy ten ratunkowy (jak wtedy sądzili) pomysł, by stworzyć sobie wspólne wspomnienia, wymyślić całe swoje życie, to zanim się poznali, i potem. Lękliwa próba zemsty na przypadku, który bezlitośnie zetknął ich ze sobą na chwilę, tylko po to, by się minęli. Mieli do dyspozycji 50 minut.


- Pamiętasz – zaczął – kiedy chodziliśmy do szkoły, mieszkaliśmy przy jednej ulicy. Wysyłałem ci  w sekrecie w paczce pocztowej co tydzień po jednym pierścionku, zrobionym z papierków po krówkach.

- Aha – powiedziała – znaczy, to byłeś ty. Ojciec zawsze znajdował je pierwszy i podejrzewał, że jakiś świrnięty wielbiciel z dzielnicy wysyła pierścionki zaręczynowe mojej matce. Wychodzi na to, że były dla mnie.

- Były dla ciebie – powiedział.

- A ty pamiętasz – podchwyciła – kiedy na ostatnim roku studiów pojechaliśmy tylko my dwoje do tamtego klasztoru? Po raz pierwszy jechaliśmy gdzieś sami. W hotelu nie było wolnych pokoi i położyli nas w jednej z klasztornych celi. Było bardzo zimo, a łóżko – twarde. Trochę się bałam. Za każdym razem żegnałam się tak, byś tego nie widział. Tamtej nocy przeżegnałam się pięć razy.

- Sześć, powiedział. I ja się bałem. A pamiętasz, kiedy później przyszedł czas, że zamieszkałaś u mnie? Matka ci powiedziała, że się ciebie wyrzeknie na łamach „Dziennika ustaw”, bo nie chciała mieć nieślubnych wnuków.

- Pamiętam – powiedziała. – I bez tego nie mogłam mieć dzieci.
 

W tym miejscu zamilkła. Chwycił jej rękę po raz pierwszy, odkąd się poznali. Dość delikatnie, pocieszająco.


- To nic – powiedział. – A pamiętasz, kiedy złamałem sobie nogę? Miałem już wtedy 48 lat, harowałem jak szalony i ten miesiąc w domu wydał mi się prawdziwym rajem. Ty też wzięłaś urlop, nawet im zagroziłem, że  sobie złamiesz rękę, jeśli cię nie puszczą. I przez cały miesiąc nie wychylaliśmy nosa na zewnątrz.

 - A kiedy po roku wykryli u mnie tamtego guza… Wyczytałeś gdzieś, że śmiechoterapią leczy się raka i przez dwa tygodnie ciągle opowiadałeś mi kawały, żebym tylko się śmiała. Do teraz się zastanawiam, skąd je brałeś. Byłeś taki przerażony i kochany. Wtedy chyba całkiem posiwiałeś. I każdego dnia przynosiłeś mi piwonie i niezapominajki.

- Dzięki Bogu, że wyzdrowiałaś. Co bym bez ciebie zrobił? 

W tym czasie poproszono wszystkich podróżujących do Nowego Jorku, by kierowali się w stronę terminalu odlotów. Milczeli nie więcej niż minutę. Później ona wstała i powiedziała, że musi iść. Wziął jej walizkę i obydwoje poszli. Zanim przeszła przez kontrolę paszportową, odwróciła się i pocałowała go – to był bardzo długi pocałunek. Jak gdyby po raz ostatni, pomyślał sobie, mimo że nigdy przedtem nie było pierwszego razu.

Pół godziny później odwrócił się i odszedł. Poczuł się strasznie stary, z trudem poruszał nogami. Celowo zamknął oczy, gdy przechodził przez szklane drzwi wyjścia, by nie widzieć w odbiciu niespodziewanie posiwiałych włosów i swoich przygarbionych, już starczych ramion. Z każdym krokiem rozumiał coraz bardziej, że nie będzie mógł wrócić do domu, do swojej nieosiągalnie młodej żony. I nigdy nie mógłby jej opowiedzieć, co robił przez te pięćdziesiąt lat, gdy go nie było.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Na granicy świtu