wtorek, sierpnia 05, 2014


Zmarnowaliśmy świt, a tego nie wybaczy nam żadne niebo*

 

               Jej zniszczone dłonie drżą na wietrze, gdy zapala papierosa. Spojrzeniem przesiąkniętym tęsknotą za utraconym marzeniem spowija drewnianą huśtawkę, starą i zapomnianą, pustą od lat. Wargi, nienawadniane miłością i śliną z jego ust, pełne słów, co więzną w gardle stale i stale, paraliżuje strach. Mijają sekundy, obleczone w wieczność, naznaczone mdłym potem i znojem cierpienia. Słyszy jego kroki, szybkie i niecierpliwie. Nie odwraca się, a serce nie wybija innego rytmu, tylko jej palce nieświadomie, mimochodem wędrują do miejsca, które ostatni raz dotykały jego wargi. Tak łatwo zapomina się miłość.

 

„„I see her. Wherever I go, she always knows to flood my thoughts with her absent presence. My eyes are closed, even in the darkness of my soul, she knows where to find me. I want to hold her. I want to stroke her hair, I want to feel that she is with me. I want to feel her warmth against my body”*

 

*

 

                Niepewnie przekroczyła próg tarasowych drzwi, w ręku trzymając pusty kieliszek i do połowy opróżnioną butelkę słodkiego wina. Potargane włosy rozwiał wiatr i uniósł do góry sukienkę z czarnego szyfonu. Nucąc pod nosem, nieświadoma niczyjej obecności, okręciła się w koło z głową uniesioną do góry, ze wzrokiem wbitym w zachmurzone niebo. Jej śmiech na krótko zawibrował w powietrzu, wkrótce tonąc w kakofonii dźwięków płynących zza niedomkniętego okna. Tamtego dnia w majowym powietrzu znać było zapach jaśminu.
   – Palisz? – Odwróciła się gwałtownie, a z przechylonej butelki wylało się wiśniowe wino. Wyciągnął w jej stronę paczkę miętowych papierosów.
   – Nie. – Obserwowała jego twarz, tęczówki koloru morza i pieprzyk pod prawym okiem. Uniósłszy butelkę w górę, zapytała: – Pijesz?
   – Hugo – powiedział, gdy oderwał wargi od czarnego flakonu, który chwilę wcześniej pieściły jej usta. Ich dłonie złączyły się w tej jednej, krótkiej chwili, a on dopiero wówczas wpatrzył się w jej uśmiech i ciemne tęczówki, szepczące o tęsknocie i samotności. Kiedy z cicha, jakby nieśmiało wypowiedziała swoje imię, zapytał – a pytanie to zawisło na krótką chwilę w powietrzu: – Kim jesteś, Léonie?
   – Maluję – odparła, pocierając stopą o kostkę i mocniej zaciskają długie palce na szyjce butelki. – Dla siebie, czasem dla innych.
   – A więc jesteś artystką – rzucił i zaciągnął się na krótko papierosowym dymem. Długo wpatrywał się w jej twarz, nagą, obnażoną przed złem tego świata, nim wreszcie odpowiedziała.
   – Po prostu to robię, nie potrafię nie. – Zerknęła na niego przelotnie i szybko odwróciła wzrok. – Przelewam kawałek siebie na płótno – Zapatrzyła się w dal, a krwistoczerwone wino zmoczyło jej wargi. – Czy to już sztuka?

 

„It frightened me that I can only see her in my own reality. Afraid that I will never feel her breath blow over my skin. Afraid that I can never hold her hand in mine. Afraid to never get the feeling of missing connection”*

 

*

 

                      To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Poznali się przypadkiem, nieplanowanie, musnęli spojrzeniami, zatopili wzrok w drżących dłoniach, a potem rozchylonych wargach. Zamienili kilka słów, tak mało istotnych i banalnych, posłali niepewne, jeszcze niewinne uśmiechy, a potem minęli się w przejściu, tak jak mijać się mieli jeszcze wiele razy. Widocznie ta miłość nie była im pisana, nie wtedy, nie tam, nie w taki sposób.
                      Później spotkali się znowu, ciągle młodzi, beztroscy, nieskalani brudem zniszczenia; ciągle jeszcze na drodze ku dorosłości. Jej usta smakowały jak niedojrzałe owoce, były nietknięte, wolne od śladów fałszywej miłości, nienaznaczone trucizną, śliną tamtych, czyste i niezmącone, subtelne i uległe jego palcom i językowi. On był w tym wszystkim, w tej całej miłości, trochę pewniejszy, wprawiony, lecz ciągle ostrożny i czujny, gotowy spijać z jej warg każde słowo, wsłuchiwać się w każdy jęk i ochrypły dźwięk strachu, nurzany stale, niemal każdego dnia, w obawie, czy jest tylko dla niej. Jego ramiona były schronieniem, kocem dla zimnej, znaczonej drżeniem skóry, silne i bezpieczne, niezachwiane i podatne na kruchość jej ciała. Karmili się pocałunkami, onieśmielali dotykiem i pierwszymi obietnicami, kochali.
 
   – Vincent, to chyba miłość – szepnęła mu kiedyś na ucho; niepewnie, lękliwie.

Była to miłość od któregoś spojrzenia, wytęskniona i wyczekana. Trochę dojrzalsza, trochę mniej zachłanna.
 
   – Po prostu bądź ze mną, Vinette – powiedział. –  Przez całe życie.

 

„But she is more than the sheets that clothe the storm inside her. The thing that I crave, where I could never run my fingers through, that one thing I can only feel with what I desire from her; I want to wrap myself in her sheets and disrobe her soul. I want to see her the way she can't see herself”*

 

*

 

               Ubiera się w pośpiechu. Jej ruchy są szybkie i nieostrożne, a spojrzenie przesiąknięte strachem. Przygryza wargę, raz za razem wkładając za ucho niesforny kosmyk czarnych jak heban włosów. Gdy kości policzkowe zostają muśnięte różem, a rzęsy pokryte kolejną warstwą tuszu, wpatruje się w swoje lustrzane odbicie: najpierw przelotnie, dopiero później na dłużej zatrzymuje wzrok na pociągłej, niemalże wychudzonej twarzy. Smutny uśmiech wpełza na usta, oczy zachodzą mglistą poświatą płaczu, a cichy dźwięk, jęk bólu, wyrywa się z piersi. Dziewczynka, bo jeszcze nie kobieta; młoda femme fatale.
   – Nie spieprz tego, Navelle – szepcze do siebie, z trzaskiem zamykając drzwi.

               Potem już słychać tylko stukot jej wysokich szpilek.

 

„I want to be her for a moment. Then I will wash her sheets and give them back to her. For the first time I will kiss her soft lips which I have kissed a dozen times when she took me over. Maybe she will always be just a thought of which I will never hear the echo of her heart that beats miles away. But I want her. I want her in my life. I am sure of it. I want her. I want all of what she is”*

 


{* Jim Morrison *Zeff Wolf}

14 komentarzy:

  1. nadal najbardziej moja jest Léonie! ubóstwiam ją i widzę w niej coraz więcej siebie (czy to znaczy, że i siebie zaczynam lubić?).

    strasznie zazdroszczę Vinette, że aż och!

    łomocze mi serce, zbyt wiele pięknych słów się w nie wlało. rzadko, ale rozpieszczasz nas swoim talentem.


    //adriennesophie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że pokochasz siebie (nawet dzięki temu opowiadaniu). Ściskam mocno! I dziękuję za wszystko.

      Usuń
  2. póki co najbardziej lubię Vinette i Hugo! ale najlepszy fragment to właśnie Hugo i Leonie, już ich razem kocham... ale wiem, że nie będzie łatwo, w końcu... miłość trzeba wytęsknić, wycierpieć, wypłakać.

    a co z Navelle? najbardziej intrygująca postać w Twoim opowiadaniu.

    mało, ale urzekająco. pochłania mnie to opowiadanie, wiesz?

    / Lebrun

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie osobiście najbardziej podoba się fragment Vincent & Vinette. Co do Navelle, nie wiem. To opowiadanie samo się pisze, nie mam na nie żadnego pomysłu. A i z założenia miało być krótko. (;

      Wiem tylko jedno na razie - chyba nie jestem do końca zadowolona z tego wszystkiego. Trochę inaczej miało to wszystko wyglądać. Takie o, refleksje popołudniowe.

      Usuń
    2. mam nadzieje, ze krótko i częściej. strasznie dobrze się to czyta!

      / Lebrun

      Usuń
  3. PIĘKNY WYGLĄD / Lebrun

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuje za te wszystkie piękne słowa, obrazy, emocje.
    Chciałabym więcej.
    Kłaniam się nisko, A.

    OdpowiedzUsuń
  5. Będzie więcej, obiecuję.
    Kiedyś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czekam / Lebrun

      Usuń
    2. Aż przykro mówić, ale nie mam nic na chwilę obecną. Zastanawiam się, dokąd to wszystko zmierza i czy jest to odpowiedni kierunek. Trochę inaczej Ich sobie wymyśliłam. I mnie w tym wszystkim.

      Odezwij się do mnie gdzieś. Ciekawi mnie, co u Ciebie.

      Usuń
  6. Podjęłaś właściwą decyzję.
    Wracaj z Nimi prędko.

    OdpowiedzUsuń
  7. WRACAJ WRACAJ /Lebrun

    OdpowiedzUsuń

Na granicy świtu